No dobrze, czas posypać głowę popiołem i przyznać się oficjalnie!
Oj, zaniedbałam bloga bardzo, oj tak! Ostatnio czasu nie starcza mi na wiele rzeczy, w tym pisanie na blogu.

Przez ostatni rok wiele zmieniło się w moim życiu. Trochę zostało wywrócone do góry nogami. W związku ręce pełne mam roboty, dosłownie i w przenośni ;) W tym czasie w Bieszczadach byłam tylko dwa razy, w zeszłym roku w lato i w lutym tego roku. Z tym, że w lutym pobyt tam był krótki, ale szczególny. Pozwolił mi się wyciszyć, wyspać i odpocząć od wszystkich problemów. Zamknęłam się w mojej samotni i miałam wszystko w ... nosie :)



Ale dziś mówię dość, czas przełamać ten czas milczenia, tym bardziej, że sezon letni przed nami. Pomimo tego, że jestem prawie 500 km od Bieszczad, postaram się nie dać o nich zapomnieć - również sobie!

A na początek przedstawiam wam Maksia, nowego mieszkańca, którego dobra Maryśkooo przygarnęła. Maksio, to czysty kundelek. Mieszaniec jamnika chyba z, no nie wiem sama. Jest rudy, ma uszy jak nietoperek, mało urodziwy a przy tym rozbrajający i zmiękczający serca.


Maksio bowiem przybył aż z Włoch. Prawdziwy "włoski" piesek. Od razu skradł serca gospodarzom, bo Maryśkooo udostępniła mu nawet poduszkę do spania. Jest też przez nią regularnie kąpany. Całe dnie spędza w domu, czasami nawet na kanapie. A co najciekawsze, zaakceptował go nawet Kapi, który pozwala mu się podgryzać po łapach, gdy Maksio za nim człapie! Oczywiście są również momenty stresowe, gdy Kapi wpada głodny do domu i przegoni Maksia od miski, ale ten wyładowuje się później dokładnie w ten sam sposób na burych kocurach. No i wszystko zostaje w rodzinie.

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...