Zwierzęce klimaty...


Stwierdzam: temat jedzenia należy zmienić jak najszybciej na jakiś inny. Powód: zima idzie i skupianie się na jedzeniu nic dobrego na wiosnę nie przyniesie.

Wdzięcznym tematem są zwierzęta. Dlaczego? Już wyjaśniam.

W „moich” Bieszczadach wszystko kręci się właśnie wokół zwierząt. Dom Maryśkiii i Włodka jest enklawą dla wszystkich zbłąkanych zwierząt.


Na co dzień mieszka tam 12 krów, przy których Maryśkooo "tańcuje" 2 razy dziennie. Krowy są bardzo ułożone i wychowane. Praktycznie same prowadzą się na pastwisko i załatwiają zawsze w tym samym miejscu. Wszystkie razem, na drodze przed domem dawnego Sołtysa.

Inni mieszkańcy to kury i kaczki. O kaczkach wiem niewiele, więc skupię się na kurach. Kury Maryśkiii niosą się jak szalone. Pozostają przy tym niesamowicie złośliwe, ponieważ ukrywają się w sianie w stodole. Żeby znaleźć jaja trzeba się nieźle postarać.

Skoro jesteśmy już przy ptakach, to nie mogę nie wspomnieć o jaskółkach. Jaskółki, były kiedyś (ostatnio ich nie widziałam) mieszkańcami stajni i warsztatu. Przepisy unijne nakazywały usunąć gniazda ze stajni. Władek tak ich zaciekle bronił, że przyjechała nawet telewizja i nakręciła reportaż o jaskółkach, z Władkiem w roli głównej oczywiście!


A teraz najważniejsi mieszkańcy Kapi i koty. Kapi to mój ulubieniec, już kiedyś o nim pisałam. Jeszcze niedawno miał towarzysza Dżekiego, którego po śmierci jego właściciela przywieźli do Maryśkiii dobrzy ludzie. Kochany to był psiak, smutny bardzo. Jakieś 2 lata temu Dżeki w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął :(

Pozostają jeszcze koty. W zasadzie już sama nie wiem ile ich jest. Kiedyś było 2 szare kocury tzw. Brzęczki. Brzęczki miały od zawsze swoją miejscówkę na kanapie, na której całymi dniami odsypiały pracowite noce. Pewnego dnia pojawiła się dochodząca kotka, która spowodowała, że zaraz pojawiły się kolejne dwa, rude kocury – jej dzieci. Teraz kanapę okupują już cztery kocury!


Czarna kotka we wrześniu okociła się ponownie i w stodole znalazłam osobiście odrzucone przez nią maleństwo – takie tycie, tycie. Na całe szczęście była wtedy ze mną moja koleżanka kociara, którą zmusiłam do zaopiekowania się Maleństwem. Finał był taki, że wyjechała z Bieszczad z dwoma kotami: swoim, którego przywiozła z Łodzi i Maleństwem.

No dobrze, ale to nie koniec kotów. Jest jeszcze jedna znajda, czarna – chyba całkiem młoda kotka, która o mało co nie przyjechała z nami do domu. Zainstalowała się w samochodzie kiedy pakowaliśmy wałówkę, którą przyszykowała nam Maryśkooo. Kotka była genialna! Chodziła za nami krok w krok, nawet na ognisko do lasu. Było tak: najpierw my, potem Kapi a na końcu kotka.

Wszystkie te koty i Kapi schodzą się wieczorem po kolei do domu i następuje karmienie. Jeden Brzęczek otwiera sobie sam łapką szafkę z karmą, drugi namiętnie miałczy. Rude koty łaszą się z miłością, najpierw jeden potem drugi. Potem przychodzi kotka matka a po niej kotka wędrowniczka.

Jak wszystkie koty zejdą się do kupy Maryśkooo oczom nie wierzy ile ich jest. I nerwowo wypowiada swoje „magiczne” słowa, których nie zacytuję :) Maryśko i Władek denerwują się na cały ten zwierzyniec, a potem opowiadają z uśmiechem na twarzach historyjki ze zwierzakami w roli głównej!

3 komentarze:

  1. Cudne te Twoje bieszczadzko zwierzakowe opowieści. Wyobraziłam sobie stado krów załatwiających się przed domem sołtysa... nie zazdroszczę mu!
    Uściski!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pysznie,
    pozdrawiam Aga

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,i to są właśnie cudne miejsca,które z przyjemnością bym odwiedził będąc(w tym roku w Bieszczadach)Oczywiście z moim czworonożnym przyjacielem.
    Pozdrawiam
    bigwermin@wp.pl

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...